I  miejsce Ani w  XIV Ogólnopolskim Konkursie Literackim “I ty możesz zostać baśniopisarzem”

Miło nam poinformować, że  Anna Łazarowicz z  kl. 8b  zdobyła  I  miejsce w  XIV Ogólnopolskim Konkursie Literackim “I ty możesz zostać baśniopisarzem”.

Jej praca nosi tytuł “Baśń o  guziku, który marzył”. Konkurs jest od lat  organizowany przez Publiczną Szkołę Podstawową nr 2  im. Hansa Christiana Andersena  w Radomiu. Link do strony konkursu: http://www.psp2.radom.pl/index.php/news/2140-wyniki-xiv-ogolnopolskiego-konkursu-literackiego

Treść baśni Ani:

Guzik od koszuli

Był sobie guzik. Taki zwykły, niczym niewyróżniający się guzik. Ludzie uwielbiają wszystko udziwniać, więc wytwarzają guziki złote, pozłacane, bogato zdobione, pełne wymyślnych ornamentów. Ale ten guzik był całkiem zwyczajny, ot co. Wykonano go z drewna mahoniowego w zakładzie guzikarskim na przedmieściach Warszawy, wydrążono cztery dziurki i wypolerowano. Różnił się od innych jedynie niedoskonałością: jedna z jego dziurek była umiejscowiona asymetryczne, a na kawałku drewna, z którego został wykonany, widniało kilka przebarwień. Początkowo uznano to za błąd rzemieślnika, jednak mimo wszystko został przeznaczony do sprzedaży. Och, jakaż to była radość, gdy dowiedział się, że nie spędzi reszty życia na śmietniku, tylko zobaczy piękny świat!

Włożono go do pudełeczka z tysiącem innych guzików i posłano w świat, a właściwie do zakładu mistrza krawieckiego. W ciemności i ciszy, mąconej jedynie postukiwaniem kół dorożki, guzik nie widział wiele, ale już sama podróż dryndą – bo tak w potocznie nazywano dorożki w dawnej Warszawie – była nie lada przeżyciem. Właścicieli dorożek zwano dryndziarzami. Dryndy nazywano także „sztajnkellerami”, od nazwiska właściciela fabryki powozów na warszawskim Solcu, albo „taksówkami na owies” ze względu na ulubione pożywienie koni. Trzeba Wam wiedzieć, że przed wojną dorożka była najpopularniejszym środkiem indywidualnego transportu.

Klucząc po zaspanych uliczkach stolicy dorożka dotarła do starej kamienicy na Starym Mieście. Guzik obawiał się, że nowy właściciel natychmiast się go pozbędzie, a tu spotkała go miła niespodzianka. Jako jeden z pierwszych guzików ze swojego pudełka został przyszyty do męskiej koszuli, tuż przy kołnierzyku! Ludziom może się to wydawać banalne, ale dla guzika to wielkie wyróżnienie, gdy jest przyszyty wysoko. Różnił się odrobinę od innych guzików na śnieżnobiałej koszuli, ale właściciel nie dbał o to.

W taki to na wskroś zwyczajny sposób rozpoczęła się przygoda guzika z poznawaniem świata. Bardzo szybko przekonał się, że ten świat nie jest taki ciekawy, jak sobie wyobrażał. Każdy tydzień wyglądał tak samo: w poniedziałek koszulę, do której był przyszyty, zdejmowano z wieszaka na pranie i przez dwa dni składano w ciemnościach na dnie szafy. W środę była stamtąd wyjmowana, właściciel ją zakładał i wychodził do pracy. Dom, dorożka, ulica, praca z przerwą na posiłek, później znowu praca, ulica, dom. Po powrocie koszula wracała do kosza na brudną bieliznę, gdzie leżała w ciemności do soboty, kiedy robiono pranie – godzina mąk piekielnych wśród szczypiących fal proszku do prania, żeby ponownie trafić do miski, a stąd na suszarkę. Życie guzika umilał tylko stary zegar z kurantem, należący do właściciela koszuli i gipsowe sztukaterie, które zdobiły sufit mieszkania. Możecie się więc domyśleć, że nie było to życie, o jakim marzył guzik. Pragnął wyrwać się z rutyny i stać się kimś więcej, choć w skrytości serca wiedział, że to prawie niemożliwe. Był w końcu tylko małym, niedoskonałym guzikiem, a co taki guzik może zrobić, by zmienić swój los i uczynić życie mniej monotonnym?

 

Jak to czasem bywa, życie płata figle, a guziki się urywają. Tak było i tym razem. Ku uciesze guzika (a prawdopodobnie rozpaczy właściciela), pewnego pochmurnego dnia nitka, która trzymała guzik przy koszuli, została przerwana i  guzik odpruł się od koszuli, spadając prosto na zabłocony staromiejski chodnik, tuż przy krawężniku. Nie posiadał się z radości – w końcu miał szansę zobaczyć prawdziwy kawałek świata! Nie mógł jednak się ruszyć z miejsca, guziki nie mają przecież takich zdolności. I kiedy już prawie stracił nadzieję, po całym dniu wpatrywania się w niebo, został w końcu  podniesiony. Ktoś przypatrywał mu się i mówił do siebie: „Co się stało, że odpadł? Przecież był dobrze przymocowany!” Był to właściciel sklepu pasmanteryjnego przy ul. Piwnej 26 na Starym Mieście.

I tak nieoczekiwanie nasz guzik znalazł się na jednym ze słynnych warszawskich szyldów. Co więcej, nie był sam, ale w towarzystwie igły i agrafki, wpisanych w okazały okrąg z metaloplastyki, ozdobiony przepyszną dekoracją w postaci falbanki. Był to szyld semaforowy, zawieszony prostopadle do ściany budynku. W dawnej Warszawie szyldy były prawdziwymi dziełami sztuki zdobniczej. Widniały na fasadach wielu kamienic i stanowiły tradycyjny element ulic handlowych. Szyldy semaforowe informowały o funkcjach lokali, nad którymi się znajdowały, tak jak nasz guzik, który dumnie wypinał pierś, informując o sklepie pasmanteryjnym swojego właściciela.

Mijały kolejne dni. Guzik rozglądał się z wysoka i widział wiele. Początkowo napawał się swoim szczęściem, ale gdy przyszedł deszcz i sypał śnieg, było mu zimno i coraz bardziej smutno. Dość miał już przygód, gwaru ulicy, tęsknił za właścicielem koszuli i ciepłym domem.

— Proszę, pomóżcie mi! — zawołał pewnego dnia do gołębi, które siedziały na parapecie szaro-niebieskiej kamienicy, niedaleko szyldu. Jeden z gołębi skinął łebkiem i usiadł na szyldzie. Począł dziobać guzik, by sprawić, że odczepi się od szyldu. Po dłuższej chwili cel został osiągnięty i guzik spadł, wprost do jednej z przejeżdżającej dorożek. Pozostał tam długie tygodnie. Znów był deptany, było mu tak samo zimno, jak kiedyś na chodniku i na szyldzie, W taki właśnie sposób trwał, czekając na szczęśliwe zakończenie swojej podróży.

Zima zbliżała się ku końcowi i przedwiośnie radośnie nastrajało świat na najpiękniejszą porę roku: wiosnę. Guzikowi nie udzielała się ta radosna atmosfera, przeciwnie, był przygnębiony tak bardzo, jak tylko przygnębiony może być guzik. Leżał pod stopami kolejnych pasażerów i smutno patrzył w niebo. Kiedy nagle został podniesiony i schowany do ciepłej kieszeni nie mógł uwierzyć we własne szczęście. Znów był w mieszkaniu właściciela śnieżnobiałej koszuli, gdzie zegar z kurantem wygrywał znajomą melodię. Ogarnęła go niezmierna radość. Przygody i podróże są wspaniałe, pozwoliły mu zobaczyć kawałeczek innego świata, jednak nigdzie nie było mu tak dobrze, jak tu, w domu. Nareszcie wrócił tam, gdzie było jego miejsce.

POWRÓT